Glinkowa pasta do mycia twarzy przeciw niedoskonałościom

Nareszcie nadrobiłam większość blogowych zaległości i teraz mogę recenzować najnowsze zdobycze w mojej kosmetyczce. Dzisiejszego bohatera testuję już niemal dwa miesiące więc recenzja jest jak najbardziej na miejscu. Będzie rzetelnie i konkretnie. Zapraszam! ;)


Moja skóra jest mieszana choć ostatnio nawet tłusta i ze skłonnością do niedoskonałości. Glinkowa pasta do mycia twarzy Your Time Is Green 'Perfecta' odblokowuje pory, działa przeciw zaskórnikom i normalizuje pracę gruczołów łojowych. Pozostawia cerę idealnie czystą, gładką i zmatowioną. 

Główne zadania pasty: 
  • głębokie oczyszczenie,
  • detoksykacja,
  • redukcja nadmiaru sebum.
Sound Green Extract - wyjątkowy botaniczny ekstrakt pozyskiwany innowacyjną metodą ultradźwięków. Ma silne właściwości oczyszczające, normalizujące i energizujące skórę.

Imbir - działa antybakteryjnie i antyoksydacyjne. Zmniejsza widoczność zmian potrądzikowych.

Biała glinka - jedna z najdelikatniejszych glinek, bogata w mikroelementy i minerały. Doskonale pielęgnuje, oczyszcza skórę z nadmiaru sebum oraz zmniejsza widoczność porów.


Opinia

Pastę traktuję jako produkt, który ma oczyścić moją skórę, odświeżyć ją i zmatowić. Załagodzeniem zmian trądzikowych i zwężeniem porów również się nie pogniewam. Stosuję ją dwojako: do mycia twarzy oraz jako maseczkę. Myjąc skórę pastą Perfecta wykonujemy tak naprawdę też delikatny peeling, ponieważ ma w sobie mikroskopijne drobinki. Skóra po takim zabiegu jest gładka, oczyszczona (szczególnie pory na nosie), lekko rozjaśniona, matowa, a pory zawężone. Pasta nie podrażnia mojej skóry. Forma maseczki sprawdza mi się w dwojaki sposób : wyłącznie na pojedyncze niedoskonałości oraz na całą twarz (choć nie ma tego w zaleceniach producenta). Wpływa korzystnie na większe niedoskonałości ze stanem zapalnym, widać że je zmniejsza, wyciąga ten stan zapalny. Natomiast maseczka na całą twarz sprawia, że moja skóra jest świetnie zmatowiona i odświeżona. Taką maseczkę trzymam na twarzy dość krótko, bo ok. 10 min. Kiedy czuję, że zasycha, spryskuję ją hydrolatem lub wodą termalną.

Pasta jest bardzo gęsta i ma przyjemny, świeży zapach.

165 g / 17 zł [Rossmann]


Podsumowując, z działania pasty jestem jak najbardziej zadowolona. To porządny 'oczyszczacz'! Bardzo ładnie oczyszcza pory, zawęża je, matowi i odświeża skórę. Nie powoduje podrażnień. Zmniejsza stany zapalne pojedynczych niedoskonałości. Używam jej z przyjemnością i Wam także polecam! Skóry tłuste może zadowolić. ;)

Znacie tę pastę? A może polecacie jakieś inne?


Pozdrawiam!

Czy jesteś Sky Girl? Odlotowy naturalny mus do ciała SWEET LIFE | Pierwsze wrażenia

Na rynku pojawia się coraz więcej rodzimych, naturalnych marek kosmetycznych. Mnie osobiście niesamowicie cieszy ten fakt, ponieważ coraz chętniej (ale wciąż uważnie) sięgam po kosmetyki z naturalnym składem. Zauważyłam, że szczególnie produkty do pielęgnacji ciała są mi przyjazne. Odkąd systematycznie sięgam po naturalne masła i balsamy, nie mam problemów z suchą, swędzącą skórą. Przeciwnie, jest ona nawilżona, bardziej elastyczna, gładka.

Przedstawiam Wam nową polską markę kosmetyków naturalnych, stworzoną przez dwie przyjaciółki - Olę i Elę. Be The Sky Girl! To naturalne kosmetyki dla aktywnych i nowoczesnych kobiet. Produkty są kompilacją skutecznych, naturalnych składników aktywnych i pięknych zapachów. Zadbają o naszą skórę oraz zmysły. Be The Sky Girl to energia i radość, którą Ola i Ela chcą dzielić się z nami, kobietami.

Kim jest SKY GIRL? To kobieta, która wie czego chce i ma odwagę, by po to sięgnąć! Jest niezależna, podejmuje własne decyzje, a jednocześnie ma serce otwarte na świat. Emanuje energią, pasją i mocą sprawczą, co czyni ją piękną i seksowną - po prostu. Jest kobieca, delikatna i wrażliwa, a zarazem silna i decyzyjna.

Przyznam, że dawno żaden opis tak mnie nie zachęcił do wypróbowania kosmetyku i przejrzenia asortymentu marki.



Mój mus nosi nazwę SWEET LIFE i jest jednym z trzech dostępnych w ofercie marki, z linii ACTIVE QUEEN. Wszystkie musy mają takie same składniki aktywne: masło shea, olej babassu, olej ryżowy, masło mango, olej chia, kwas hialuronowy, witaminę E, a także.... rozświetlające drobinki. Zapach SWEET LIFE to połączenie porzeczek, malin, poziomek i wanilii. Mus ma za zadanie mocno regenerować i głęboko nawilżać skórę. Po jego użyciu skóra ma być pięknie ujędrniona i rozświetlona. 


Opinia / Pierwsze wrażenia

Mus zamknięty jest w plastikowym słoiczku o pojemności 100ml. Dodatkowo zapakowany jest w 'torebeczkę', co przyciąga uwagę. Jego zapach jest przepiękny - bardzo świeży, letni, przywołuje na myśl słońce, ogród i odpoczynek. Zakochałam się w czerwonych owocach, szczególnie porzeczce, która wybija się na pierwszy plan. To do mnie niepodobne, bo zwykle sięgam po cięższe zapachy. Konsystencja jest niesamowicie przyjemna - delikatne masełko. Z łatwością sunie po skórze, szybko się wchłania, pozostawiając ją niezwykle miękką i delikatną. Nawilżenie jest na wysokim poziomie. Musu używam codziennie wieczorem od 12 dni. Rano budzę się z bardzo dobrze nawilżoną skórą, gładką, miękką, bardziej elastyczną. Generalnie jest ona w lepszej kondycji. Myślę, że mus będzie wydajny, ponieważ nie potrzeba go wiele, aby nawilżyć ciało. Również dobrze rozprowadza się na jeszcze lekko wilgotnej skórze, nie marze się, dobrze się wchłania. Faktycznie mus ma w sobie subtelne drobinki, które w słońcu/pod światło ładnie połyskują.

Podsumowując, mus jak najbardziej trafia w moje upodobania. Zarówno pod względem zapachu, jak i działania. Pierwsze wrażenia, jak czytaliście powyżej, są bardzo pozytywne i mam nadzieję, że tak zostanie. Śledźcie kolejne wpisy oraz moją aktywność na IG i fb! ;)



Koszt musu (100ml) to 47zł w sklepie Be The Sky Girl (klik). Ja swój egzemplarz znalazłam w lutowym pudełeczku YOUR PAUSE. Edycję marcową można zamawiać na stronie do 28 lutego - TUTAJ. Polecam, ponieważ pudełka kryją w sobie kosmetyki z różnych kategorii, są naturalne, idealne do domowego SPA. Taka jest idea YOUR PAUSE. Niejednokrotnie zaskoczyli już totalnymi nowościami, jak np. opisywany mus do ciała. ;)

Jak Wam się podoba ten mus? Uważacie, że warto zamówić box YOUR PAUSE?


Pozdrawiam!

Zużyłam to w styczniu | Alterra, Nacomi, Sylveco, Skin 79 i inne - mini recenzje

Posty z kosmetycznymi zużyciami pojawiają się u mnie bardzo nieregularnie. Próbowałam je rozgryźć w różnych konfiguracjach, ale jakoś brak u mnie konsekwencji. W końcu się na siebie zdenerwowałam i jestem. Ja i moje denko. Zapraszam. :)



'Makijażowe zużycia' to rzadkość. W końcu te kosmetyki służą do używania, a nie zużywania. Trzymając się tej zasady zdenkowałam tylko dwa produkty. Pierwszy to miniatura kremu BB w wersji Orange od Skin 79. Miniatura, która swoją drogą była wydajna. Krem bardzo mi odpowiada, dlatego z czasem kupię pełnowymiarowe opakowanie. Jest jasny, ma żółte tony, nie ciemnieje, przyjemnie się rozprowadza na skórze, a jego krycie oceniam jako średnie z możliwością budowania. Więcej pisałam o nim tutaj. Drugi kosmetyk kolorowy to lubiany przeze mnie korektor Rimmel Match Perfection, odcień 030. Dosyć ładnie zakrywa cienie pod oczami, jest kremowy i nie podkreśla zmarszczek. Pewnie kupię go ponownie, ponieważ należy do grona moich ulubieńców.


Pielęgnacja twarzy - tutaj tym razem niewiele zużyć. Zacznę od olejku hydrofilowego do demakijażu Delia Cosmetics. Jak widzicie jest właściwie cały. Niestety, za sprawą parafiny w składzie, olejek zaczął zapychać moją skórę już po 2-3 użyciach. Nie mogę go polecić. Polecam za to pozostałe produkty z koszyka. Rumiankowy żel do twarzy Sylveco idealnie wpisał się w poranną pielęgnację. Skutecznie oczyszczał cerę z resztek wieczornej pielęgnacji, ale nie pozostawiał uczucia ściągnięcia, nie wysuszał. Mam wrażenie, że koił skórę, zmniejszał zaczerwienienia. Nie podoba mi się tylko jego zapach. Kupię ponownie. 

Jak wiecie, próbowałam niedawno trzech kroków Clinique. Spośród nich najbardziej przypadł mi do gustu płyn złuszczający. Zamierzam kupić pełnowymiarowy produkt, ale to już pewnie bliżej jesieni. Recenzję przeczytacie tutaj. Na koniec maseczka la Noce CHIC CHIQ, która przyjemnie zmiękczała skórę, pozostawiła ją wyciszoną, optymalnie nawilżoną, miękką, wygładzoną i delikatnie rozjaśnioną. Polecam!



W kategorii 'pielęgnacja ciała' troszkę się nazbierało, jak na mnie. Zużyłam dwa żele pod prysznic Alterra. Spodobała mi się wersja truskawkowa - piękny zapach, całkiem wydajny żel. Niestety został wycofany z Rossmanna. Drugi, kremowy z bio bawełną był bardzo przeciętny, strasznie niewydajny, słabo się pienił. Nie kupię ponownie. Za to dermatologiczny żel do mycia z wit. A i E Linovit spisał się bardzo dobrze. Żel jest bardzo delikatny, sprawdzi się w pielęgnacji skóry z tendencją do przesuszeń. Moja właśnie taka jest. Do tego dokuczają mi niedoskonałości, które pojawiają się na ramionach i plecach. Żel dobrze nawilża skórę, pozostawia ją miękką. Do tego łagodzi pojedyncze stany zapalne, krostki i wszelkie podrażnienia. Nie zapycha, nie pozostawia na skórze tłustej warstwy. Zachęcam do zapoznania się z produktem. Pisałam o nim w poście z moją jesienną pielęgnacją - klik. Mam zamiar znów go kupić. Na koniec wisienka na torcie! Mowa o kokosowym peelingu cukrowym polskiej marki Nacomi. Cudo, cudo, cudo! Fanki kokosa będą zadowolone! Bardzo dobry zdzierak o pięknym zapachu, aż chce się go zjeść. Pozostawia skórę mięciutką i nawilżoną. Minusem jest niestety wydajność i cena w tym przypadku. Warto kupić go na promocji, bo naprawdę wystarcza tylko na kilka użyć.


Ostatnie zużycia to kosmetyki do włosów. Mój ulubiony suchy szampon Batiste floral. Niezbędny w sytuacjach awaryjnych, przydaje się też do uniesienia włosów u nasady. Na pewno trafi do mnie kolejne opakowanie. Niedawno skusiłam się na swój pierwszy szampon BARWA. Kupiłam wersję lnianą z kompleksem witamin. Sprawował się poprawnie - dobrze oczyszczał, włosy były po nim lekkie i uniesione. Był wydajny. Konieczne jest użycie maski/odżywki. Chętnie wypróbuję inne wersje, na oku mam szampon piwny. ;)

Znacie coś spośród moich zużyć? Podzielcie się opinią. ;)


Pozdrawiam!

Esencja ze śluzem ślimaka i jadem pszczelim, czy się sprawdziła? | Benton

Recenzji koreańskich kosmetyków ciąg dalszy... ;) Ostatnio sporo ich próbowałam i chcę wszystkie opisać, bo często o nie pytacie. Koreańska pielęgnacja od dłuższego czasu wzbudza zainteresowanie i wiem, że szukacie takich recenzji. Dlatego dziś pod lupę biorę SNAIL BEE HIGH CONTENT ESSENCE znanej marki Benton. Zapraszam! 



Ultra nawilżająca emulsja do twarzy z wysoką zawartością śluzu ślimaka - 90% oraz jadem pszczelim. Produkt wykazuje właściwości ujędrniające oraz wygładzające. W widoczny sposób odmładza skórę, daje natychmiastowe uczucie nawilżenia, przyjemnie wygładza i uspokaja podrażnioną skórę.

Sposób użycia: Niewielką ilość produktu wklepać w oczyszczoną skórę twarzy, szyi i dekoltu. Pozostawić do wchłonięcia.


Opinia

Esencja znajduje się w plastikowej buteleczce z pompką, która działa poprawnie, nie zacina się. W opakowaniu znajdziemy 60ml produktu, który to wystarczył mi na 3 miesiące codziennego użytkowania. Jest bezzapachowa, bezbarwna, lekko żelowa. Rano nakładałam ją pod krem (jedna pompka wystarczała), natomiast wieczorem pod serum i wtedy zużywałam dwie pompki. Na noc lubiłam nałożyć go więcej. Esencja ładnie się wchłaniała i współgrała z dalszą pielęgnacją. Pozostawiała na skórze minimalne uczucie lepkości, po prostu czułam, że coś zostało nałożone.

Jakie efekty? Na pewno podniesienie nawilżenia i sprężystości skóry. Jest bardziej elastyczna, napięta (w dobrym znaczeniu tego słowa). Poza tym wszelkie niedoskonałości i ślady po nich goiły się dużo szybciej, nie pozostawały żadne plamy. Śmiało mogę napisać, że esencja korzystnie wpłynęła na moją mieszaną, skłonną do niedoskonałości cerę. W trakcie jej stosowania, na skórze nie pojawiało się tyle zmian trądzikowych, co wcześniej. Nawilżenie wpłynęło też korzystnie na moje wciąż widoczne zmarszczki mimiczne na czole. Stały się bardziej wygładzone, jak i reszta skóry twarzy. W dotyku skóra jest miękka i elastyczna, troszkę jakby napompowana (ale oczywiście nie jestem spuchnięta!). ;) Nie odnotowałam żadnych skutków ubocznych, jak np. podrażnienie czy reakcja alergiczna. Jeśli jesteście uczulone na jad pszczeli - uwaga, to nie produkt dla Was.



Jeśli szukacie produktu, który dopomoże w nawilżeniu skóry, wygładzi ją, sprawi, że będzie bardziej napięta i wpłynie korzystnie na zmiany trądzikowe - polecam esencję Benton. Ja skusiłam się na nią po wypróbowaniu miniatury. Nie żałuję zakupu i sprawię sobie kolejne opakowanie. Za te 60ml zapłacimy najczęściej 99zł, tak wygląda cena regularna. Wydaje się to być sporo, ale jeśli podzielimy ten koszt na 3 m-ce, to wychodzi już tylko 33zł miesięcznie. 


Znacie tę esencję? Skusicie się?


Pozdrawiam!

NOWOŚCI KOSMETYCZNE | Guerlain, Fresh&Natural, LIQ i inne

Nie pamiętam już, kiedy pisałam Wam o swoich nowościach kosmetycznych, a zebrało się tego trochę. Dzisiaj pokażę Wam te ciekawsze, o których niebawem przeczytacie na blogu. Może coś Was zainteresuje. Zapraszam na mały przegląd mojej kosmetyczki. 

Staram się trzymać swojej 'listy kosmetycznej'. Kupuję tylko te kosmetyki, które bardzo mnie interesują. Odkładam też fundusze na produkty marzeń. Chyba każda z nas takie ma.





Pod choinką znalazłam meteoryty Guerlain, tonujący puder w kulkach w odcieniu 02 Clair. Marzyłam o nich, stanowią uwieńczenie mojego makijażu. Jestem nimi oczarowana, idealnie sprawdzają się jako lekki puder utrwalający, rozświetlający pod oczami i na kościach policzkowych. Zachwyca też ich zapach i eleganckie opakowanie. Sama skusiłam się na matujący podkład LUMENE w odcieniu 00. Jeśli są tu kobiety o bardzo jasnej karnacji - zwróćcie na niego uwagę. Odcień 00 jest jasny i ma ciepłe tony. Z kolei dostępny w ofercie odcień 0 ma chłodne tony. Podkład absolutnie nie ciemnieje, ze świecą takiego szukać. Wykończenie jest satynowe. Krycie średnie, które można budować. Więcej opiszę w odrębnej recenzji.






Jak zwykle, więcej pojawiło się w kategorii 'pielęgnacja'. Uwielbiam to! Szczególnie pielęgnacja skóry twarzy to mój konik. W moje ręce wpadły same kosmetyki dobrej jakości. Już jestem z nich zadowolona, ale na recenzje musicie jeszcze troszkę zaczekać. Sprawdzam kolejny produkt polskiej, naturalnej marki VIANEK. Długo kusił mnie enzymatyczny żel myjący do twarzy z ekstraktem z owoców czarnej porzeczki. Używam go wyłącznie w porannej pielęgnacji. Jest delikatny, ale skutecznie usuwa resztki wieczornej pielęgnacji. Mam tu jeszcze dwa nowe kosmetyki do pielęgnacji twarzy. Od dawna nosiłam się z zamiarem wypróbowania retinolu. Postawiłam na markę LIQ i ich serum na noc z 0,3% retinolu. Jest to koncentrat intensywnie korygujący, który w składzie posiada także kwas laktobionowy i witaminę E. Póki co stosuję je dwa razy w tygodniu (przez pierwszy miesiąc). Potem będę używać co drugi dzień, tak zaleca producent. Oczywiście, jeśli skóra będzie je dobrze tolerować. W kosmetyczce pojawiło się też hialuronowe serum, naturalnej marki ORGANITIS. Póki co jestem z niego zadowolona, ponieważ bardzo dobrze nawilża moją skórę, zmarszczki na czole są mniej widoczne, nieco płytsze, a to jeszcze nie koniec buteleczki. Czuję, że może być tylko lepiej! 






W końcu zrealizowałam zamiar wypróbowania kosmetyków FRESH&NATURAL. Najbardziej kusiły mnie dwa produkty tej marki - pasta do mycia twarzy z melisą i szałwią oraz cukrowy peeling do ciała w wersji malinowej. Pastę już wdrożyłam do swojej wieczornej pielęgnacji i zapowiada się przyjemnie. Peeling z kolei musi jeszcze zaczekać na swoją kolej. Aktualnie używam produktu z Organic Shop. Na blogach i IG peeling malinowy ma dużo pozytywnych opinii. Oby i u mnie tak było. Znacie kosmetyki tej marki? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami. ;)





Na koniec pochwalę się maseczkami. Bardzo lubię te od Bania Agafii, szczególnie dziegciową, oczyszczającą. Tym razem skusiłam się na wersję odświeżającą, którą miałam okazję powąchać u znajomej i tym mnie właśnie ujęła - zapachem. Jest on bardzo świeży, miętowy. Czasem moja skóra bardzo tego potrzebuje. Maseczka mogłaby się również sprawdzić w gorące dni. Jeszcze jej nie testowałam. Drugi produkt pochodzi od Avene, konkretnie jest to maseczka-peeling. Stanowi pielęgnację wspomagającą dla dla cery tłustej, z objawami zmian trądzikowych. Jej zadaniem jest skuteczne złuszczanie i absorpcja nadmiaru sebum. Krótko mówiąc, jest to połączenie dwóch peelingów: chemicznego i mechanicznego. Jeszcze nie wyrobiłam sobie o niej zdania.

Ostatnia rzecz, którą Wam pokazuje może wydać się zwykła i tak naprawdę błaha. Jednak strasznie mi jej brakowało! Mowa o widocznym na zdjęciu zestawie do maseczek. Głównie zależało mi na miseczce i szpatułce. Zestaw kupiłam w Drogerii Natura za ok. 8zł (%).

To już koniec. Chciałam pokazać Wam to, co najfajniejsze, najciekawsze. Mam nadzieję, że coś się Wam spodobało. A może znacie którąś z moich nowości? Koniecznie podzielcie się opinią!


Pozdrawiam!

Maseczka, która zniszczyła mi skórę

Lubicie maseczki? Ja tak! Przynajmniej raz w tygodniu staram się jakąś zafundować skórze. Kilka miesięcy temu podjęłam decyzję o "nieużywaniu" drogeryjnych, jednorazowych maseczek w saszetkach. Oczywiście, jako że kobieta zmienną jest nie wytrwałam, złamałam się... Jak to się skończyło...?


Do mojego koszyka wpadły dwie maseczki, marki 7th Heaven. Pierwsza z nich była czekoladowa i fajnie sprawdziła się na mojej mieszanej, skłonnej do niedoskonałości cerze. Z drugą było już gorzej... delikatnie mówiąc.

Mowa o Dead Sea Mud Pac, czyli głęboko oczyszczającej maseczce z minerałami z Morza Martwego. Przeznaczona jest do skóry tłustej i mieszanej, czyli takiej jak moja. Obietnice producenta: usuwa zanieczyszczenia i odblokowuje pory, pozostawiając skórę czystą, nawilżoną i promienną. Jak wygląda rzeczywistość, w moim przypadku? Na pewno nie tak promiennie, jak obiecuje producent.


Cały "maseczkowy rytuał" odbył się zgodnie z zaleceniem producenta. W trakcie odpoczynku z maseczką na twarzy nie czułam nic niepokojącego. Wszystko było OK. Po zmyciu skóra wyglądała normalnie. Była lekko rozjaśniona, bardzo gładziutka i miękka w dotyku. Pomyślałam - spoko efekt. Koszmar rozpoczął się po ok. godzinie od zmycia maski (po masce nic nie nakładałam na skórę). Nagle poczułam dziwne ciepło na twarzy, które stopniowo przerodziło się w trudne do zniesienia pieczenie. Skóra była niesamowicie zaogniona i ściągnięta, byłam buraczkiem. W dodatku spuchniętym buraczkiem. Tak tak, dobrze czytacie - spuchła mi twarz! Piekła przeokropnie... Zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej doszło do reakcji alergicznej. Na co? Nie mam pojęcia. Skład czytałam kilka razy... Używałam już wielu podobnych maseczek i nie tylko podobnych. Chodzi o to, że nigdy przenigdy żadna maseczka nie wywołała na mojej skórze takiej reakcji. A było ich mnóstwo...

Zareagowałam bardzo szybko. Ratowałam się wapnem, wodą termalną, zimnymi okładami i żelem aloesowym. Nie spałam pół nocy... Rano było już lepiej, opuchlizna ustąpiła choć skóra piekła jeszcze w niektórych miejscach i wciąż była zaczerwieniona. Przez kilka dni odpuściłam makijaż i skupiłam się na pielęgnacji - było to głównie chłodzenie i nawilżanie skrzywdzonej skóry. Pewnie nikogo nie zaskoczy fakt, że również mnie wysypało. Wypracowana wcześniej (bardzo dobra swoją drogą) pielęgnacja poszła na marne... Tym sposobem muszę zacząć od nowa. Jakoś dam radę, w końcu to nie pierwszy raz. Aktualnie policzki i broda to same drobne grudki. Staram się nawilżać skórę, sięgam tylko po sprawdzone kosmetyki, które już nie raz mnie ratowały. Ostatnio pisałam Wam o masce na tkaninie MIZON. Ona także bardzo przyczyniła się do poprawy stanu mojej skóry. Świetnie ją nawilżyła, ściągnęła większość stanu zapalnego, z policzków zniknęła nieprzyjemna, okropna sucha skorupa.


Teraz już na pewno nie sięgnę po nic w saszetce. Zostaję przy glinkach, niektórych maskach w płacie i maskach do samodzielnego przyrządzenia. Im ufam i one nigdy mnie tak nie zawiodły. Przepraszam Was za jakość zdjęć, jednak tutaj liczy się treść. To moje prywatne ostrzeżenie. Nie każdego musi spotkać to, co mnie, ale warto mieć na uwadze wszelkie powikłania. Zdjęcia niestety nie oddają w pełni stanu skóry po użyciu maseczki...


Pozdrawiam

Maseczkowe ‘WOW’ | Orzeźwiająca maska do twarzy z cytryną MIZON


Bardzo chętnie sięgam po maseczki na tkaninie. Czuję, że dają „więcej” mojej skórze i rzadko się nimi zawodzę. Z pozytywnym nastawieniem sięgnęłam po koreańską maskę marki MIZON, która znalazła się w lutowym pudełku kosmetycznym YOUR PAUSE.

Nałożyłam maseczkę i zrobiłam sobie sobotnią pauzę… J


Enjoy Vital-Up Time TONE UP Mask to wg opisu producenta wzmacniająca maska idealna dla skóry zmęczonej i poszarzałej. Zawiera ekstrakt z CYTRYNY, allantoinę i kwas hialuronowy. Doskonale odżywia skórę i dodaje jej witalności. Skóra jest rozświetlona i pełna blasku.  Maskę nakładamy na oczyszczoną skórę twarzy, na ok. 10-20 min. Po ściągnięciu pozostałość wklepujemy w skórę twarzy i dekoltu.

25ml / ok. 9zł

Opinia


Moja skóra (od ok. 2 tyg.) przechodzi kryzys. Pewien produkt (napiszę Wam o nim) zniszczył bardzo dobre efekty długo wypracowywanej pielęgnacji. Pojawił się wysyp grudek na brodzie i policzkach. W tej chwili wszystko to jest w stanie gojenia. Wygląda to tak, że zamiast gładkiej skóry mam na twarzy skorupę. Dlatego skrupulatnie ją tonizuję i nawilżam. Maska okazała się być bardzo pomocna w „leczeniu” aktualnego stanu cery. Od początku! Płat/tkanina maski jest zaskakująco gruba. Nie ma obaw o to, że się potarga. Jest też porządnie nasączona esencją maski. Dopasowuje się do twarzy bez problemu, nie przemieszcza się, nie spada. W trakcie trzymania jej na twarzy (ok. 30 min.) nie pojawiły się żadne niepokojące sygnały. Po ściągnięciu maski skóra była wyraźnie rozjaśniona, świetnie nawilżona, zdecydowanie bardziej gładka, napięta w dobrym znaczeniu tego słowa, miękka, elastyczna, pulchna. Pozostałości esencji wmasowałam w skórę twarzy, szyi i dekoltu i swoim zwyczajem nałożyłam codzienną pielęgnację, czyli: aktywne serum korygujące Bielenda i serum z kwasem hialuronowym Organitis. Skóra była lepka, ale dało się to znieść.




Zaskoczył mnie stan mojej skóry o poranku. Wciąż była rozjaśniona, koloryt wyrównany. Większe niedoskonałości były mniej widoczne, uspokojone (już nie tak zaognione, zaczerwienione). Przede wszystkim zniknął efekt skorupy na skórze! To niesamowite, że maska jednorazowego użytku tak zadziałała. Skóra na policzkach jest gładka, miękka i bardzo dobrze nawilżona. Zniknęła spora część nieprzyjemnych grudek. Kolejny plus! Zauważyłam też, że zmniejszyła się widoczność porów na nosie i wokół niego. Nosek jest też ładnie oczyszczony.

Jestem pod ogromnym wrażeniem działania tej maski! MIZON wymiata i zachęcił mnie do wypróbowania swoich innych masek. Może jakąś polecacie? Bardzo się cieszę, że maska znalazła się w boxie YOUR PAUSE [KLIK]. Tę wersję na pewno znów kupię!


Znacie maski MIZON? Skusicie się na tą? ;)


Pozdrawiam!

Śnieżna Alga | Nawilżanie skóry z Ava Laboratorium

Nadszedł czas, kiedy to moja skóra potrzebuje silniejszego, intensywniejszego nawilżenia. Wprowadziłam profilaktykę pierwszych zmarszczek. I nieważne, że jest mieszana, z tłustą (czasem nawet bardzo) strefą T. Bardzo łatwo ją przesuszyć, a wtedy produkcja sebum jest wzmożona, pojawia się więcej niedoskonałości, skóra jest poszarzała, ma niejednolity kolor, jest ściągnięta, z podkreślonymi pierwszymi zmarszczkami... Tak to właśnie u mnie wygląda. Dlatego wzięłam się za intensywne nawilżanie, uważając aby nie zapchać swojej skóry, tego absolutnie nie chcemy. Bardzo ciężko o taki krem, a ja znalazłam! Ba, nawet dwa!



Ava Laboratorium wprowadziła edycję limitowaną Śnieżna Alga, w skład której wchodzą: kompleks nawilżający na dzień, kompleks odżywczy na noc i kompleks przeciwzmarszczkowy pod oczy. Opowiem Wam, jak sprawdziły się u mnie kompleksy na dzień i na noc.

Kremy zawierają ekstrakt z ekstremofilnej algi śnieżnej, która rośnie w wyjątkowo niskich temperaturach, pod śniegiem. Pobudza naturalne procesy regeneracji skóry, stymuluje i chroni geny długowieczności: KLOTHO i FOXO1, przedłużając żywotność komórek. Uruchamia syntezę dwóch typów kolagenu w komórkach skóry, co pomaga zapobiegać ubytkom elastyczności oraz naprawiać te już istniejące. Chroni komórki skóry przed negatywnym wpływem czynników środowiska, m.in. promieniowania UV. Kompleks na dzień, prócz śnieżnej algi, został wzbogacony niacynamidem, proteinami jedwabiu oraz kwasem hialuronowym. Dzięki temu otrzymujemy krem o działaniu przeciwzmarszczkowym i silnie nawilżającym. Z kolei krem odżywczy na noc posiada dodatkowo kompleks ceramidów, które poprawiają strukturę skóry poprzez odbudowę cementu międzykomórkowego naskórka. Ekstrakt z jedwabiu daje uczucie gładkości skóry. Regularne stosowanie kremu przywraca skórze jędrność, elastyczność oraz optymalne nawilżenie.

Poniżej składy kremów.



Moja opinia

Oba kremy znajdują się w eleganckich buteleczkach z pompką. Wykonane zostały z grubego szkła. Opakowania, łącznie z pompką, sprawdzają się bez zarzutu. Kremy mają baaardzo przyjemne, świeże zapachy. Różni je konsystencja - krem na dzień jest lekki, szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze żadnego filmu. Świetnie współgra z makijażem. Z kolei krem na noc ma cięższą, bardziej bogatą formułę, po nałożeniu czuć go troszkę na skórze, ale nadal nie jest to typowo ciężki, tłusty krem. Pozostawia skórę przyjemnie gładką, nie obciąża jej. Kremy świetnie wpisały się w moją codzienną pielęgnację.Stosuję je od kilku tygodni - nie zapchały porów (!). Za to świetnie nawilżają i odżywiają moją skórę. Widzę to szczególnie po swoim czole, gdzie niestety mam największy problem ze zmarszczkami mimicznymi. Wcale nie są one takie płytkie. A mimo to kremy świetnie sobie z nimi radzą. Widać, że skóra jest bardzo dobrze nawilżona, ale nie obciążona. Zmarszczki stały się bardziej wygładzone, żaden matujący (lub też inny) podkład ich nie podkreśla, nic się w nich nie osadza (mowa o kosmetykach kolorowych). Skóra jest wygładzona, bardziej jędrna, elastyczna, miękka i taka pulchna, jak u niemowlaczka. ;) Nabrała też zdrowego blasku, wygląda świeżej, zdrowiej. Z efektów jestem jak najbardziej zadowolona i w najbliższym czasie nie mam zamiaru z nich rezygnować.



Kremy mają pojemność 50 ml. Ich cena (na stronie producenta) wynosi ok. 40 zł / szt. Warto! Zostawiam Wam link KLIK. Kompleksy sprawdzają się tak dobrze, że rozważam jeszcze zakup kremu pod oczy. Może ktoś z Was go używa? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami.

Skusicie się na Śnieżną Algę? ;)

Pozdrawiam

Walentynkowe pudełko 'PAUSE BOX' | Prezentacja zawartości

Lubicie pudełka niespodzianki? Przedstawiam Wam jedno z nich! PAUSE box to piękne, kolorowe pudełko wypełnione naturalnymi i organicznymi kosmetykami do pielęgnacji ciała. Znajdziemy w nim również inne niespodzianki, które pozwolą zatrzymać się na chwilę i zrelaksować. A może dłużej niż chwilę? Zobaczcie, co kryje lutowy PAUSE box!



PAUSE box luty 2018 r. to edycja bardzo kobieca i uwodzicielska, a przez to romantyczna! Znajdziemy w nim pięć pełnowymiarowych kosmetyków, które zapewnią nam promienną twarz, nawilżoną i odżywioną skórę, czerwone usta oraz zmysłowy zapach piżma... Brzmi kusząco, prawda?



Na początek przyjemność prosto z Korei, czyli orzeźwiająca maska do twarzy z cytryną MIZON (ok. 9 zł)
Wygodna w użyciu maseczka do twarzy na tkaninie odświeża i orzeźwia skórę, nadaje jej promienny i zdrowy wygląd. Zawiera ekstrakt z cytryny o właściwościach tonizujących. Idealna do pielęgnacji zmęczonej i pozbawionej blasku skóry.
Maski w płacie są idealne do domowego SPA, bardzo je lubię. Marka MIZON była mi dotąd nieznana więc chętnie sięgnę po tą maskę.

Przyjemność w kąpieli, czyli półkula kąpielowa RÓŻA, Wytwórnia Mydła (85g / 4,50 zł)
W grudniowym pudełku również znalazłam różaną półkulę, ale z Ministerstwa Dobrego Mydła. Była cudowna! Z Wytwórnią Mydła nie miałam wcześniej styczności, tym chętniej ją wypróbuję. Jest duża (większa od wspomnianej z MDM) i pięknie pachnie już przez folię. Domowe SPA bez aromatycznej kąpieli to nie SPA! Zgadzacie się?



Makijaż ust dopełnieniem walentynkowej randki, szminka do ust Felicea nr 21 (29 zł)
Czerwone usta wyglądają atrakcyjnie niezależnie od pory roku. W okresie zimowym warto jednak zadbać również o ich pielęgnację, stąd propozycja PAUSE box! Naturalna szminka do ust Felicea o wyjątkowo lekkiej konsystencji łatwo rozprowadza się na ustach. Zawarte w jej recepturze naturalne składniki nie tylko dekorują usta intensywnym kolorem, ale też zmiękczają i długotrwale nawilżają.
Chyba każda kobieta posiada w swojej kolekcji czerwoną pomadkę. A czerwoną i naturalną? Bardzo się cieszę, że znalazła się w tej edycji. Będzie idealnym wyborem 14 lutego!



Zapach kobiety, woda perfumowana Cherry Bloossom & Musk od Allvernum (50ml / 39zł)
To niezwykle szykowny zapach stworzony z myślą o dynamicznych i nowoczesnych kobietach. Nutę głowy tworzą soczyste akordy mandarynki i truskawki w towarzystwie apetycznej gruszki. Serce zapachu stanowi idealne połączenie róży, jaśminu i kwiatu wiśni, któremu niezwykłej delikatności i kobiecej zmysłowości nadaje piżmo. Woda perfumowana otrzymała nagrodę Doskonałość Roku 2017 magazynu 'Twój Styl' w kategorii zapach, kosmetyki polskie.
Perfumy to bardzo miłe zaskoczenie tego pudełka! Obawiałam się o zapach... ale przepadłam! Od razu skojarzył mi się ze zmysłowością i energią zarazem. Piękny! Będzie idealny na wiosnę. Zachwyca już samo kartonowe opakowanie.

Pielęgnacja ciała to "mus"! Mus do ciała Sweet Life marki Be the Sky Girl (100ml / 47zł)
Mus do ciała Sweet Life to jedna z trzech wersji zapachowych dostępnych z linii Active Queen. Wszystkie musy mają takie same składniki aktywne: masło shea, olej babassu, olej ryżowy, masło mango, olej chia, kwas hialuronowy, witaminę E i... rozświetlające drobinki. Wszystkie lubimy błyszczeć! Zapach: połączenie porzeczek, malin, poziomek i wanilii.
Tym produktem twórcy PAUSE box bardzo mnie zaskoczyli! I podnieśli poprzeczkę! Marka kompletnie mi dotąd nieznana, a jak widać ciekawa i polska. Zapach musu jest obłędny, rozkoszny! Wyczuwam czerwone owoce, szczególnie porzeczki. Samo opakowanie jest wyjątkowe, rzuca się w oczy. Super! ;)





Zawartość walentynkowej edycji PAUSE box szczerze zachwyca. Znalazłam tu same nieznane mi dotąd kosmetyki, które zużyję z przyjemnością. Wszystko trafia w mój gust. Jestem baaardzo zadowolona! Podoba mi się różnorodność - jest tu coś do makijażu, jest zapach, a także cudowności do pielęgnacji ciała i twarzy. Na uwagę zasługuje także obecność dwóch herbatek: Pukka i Yogi Tea oraz (aż) siedmiu próbek różnych kosmetyków marki Resibo. Cieszy mnie to ogromnie, ponieważ w tym roku chcę sięgnąć po ich produkty, a dzięki próbkom łatwiej będzie mi się zdecydować.

Pudełka można zamawiać na stronie YOUR PAUSE. Jedno to koszt 79 zł. Możliwa jest też subskrypcja na 3 lub 6 miesięcy. Wtedy wychodzi taniej. Wszystkiego dowiecie się na stronie, którą podlinkowałam powyżej. Zachęcam! ;)

Jak Wam się podoba idea i zawartość PAUSE box?

Pozdrawiam!


Naturalne i najlepsze środki czystości, jakie miałam!

Dziś nieco inny wpis niż zwykle. Otrzymałam propozycję wypróbowania naturalnych środków czystości Only Eco i chcę się podzielić swoją opini...