Zaczarowany BB CREAM Zielone Laboratorium | Perfekcyjne ujednolicenie koloru!

Mamy sezon letni, a więc pożądana jest piękna opalenizna. Szczególnie jeśli chcemy odsłonić trochę ciała, np. nogi. Chyba każda z nas lubi kiedy mają trochę koloru. ;) Dlatego przychodzę z propozycją produktu, który nam w tym dopomoże. To fajna opcja dla osób, które nie chcą, nie mogą albo po prostu nie mają okazji, aby dłużej pobyć na słońcu i zyskać odrobinę opalenizny. Moją propozycją jest polski kosmetyk naturalny, wegański Zaczarowany krem BB do twarzy i ciała - Zielone Laboratorium. Zapraszam na opinię! ;)



BB Cream zawierający cząsteczki pigmentu zamknięte w mikrokapsułkach, które podkreślają i wyrównują naturalny koloryt skóry. Olej kokosowy, olej jojoba i masło shea działają uelastyczniająco i zmiękczająco. Proteiny roślinne wygładzają skórę. 

Stosowanie: Niewielką ilość kremu wmasować w skórę. Po całkowitym wchłonięciu kosmetyku założyć ubranie.

Krem ma lekko cytrusowy zapach, nienachalny i przyjemny. Nie czuć go później na skórze. Na zdjęciu poniżej możecie dostrzec zatopione w nim mikrokapsułki. Pod wpływem ciepła, rozcierając krem, powstaje kolor. To ładny beż, który może przybierać nieco pomarańczowy odcień, ale nie ma to znaczenia - zaraz napiszę dlaczego. Krem BB nakładam głównie na nogi: wieczorem, po wcześniejszym peelingu. I właśnie początkowo wygląda nieco pomarańczowo. Za pierwszym razem nie byłam z tego zadowolona, ale stwierdziłam że zaczekam do rana i najwyżej go zmyję. ;) Bardzo fajne jest to, że zaczarowany krem BB dosyć szybko się wchłania i wysycha, co za tym idzie nie brudzi ani piżam ani pościeli. Rano okazało się, że po nieco pomarańczowym odcieniu nie ma śladu, a skóra zyskała ładniejszy, beżowobrązowy odcień - beż żadnych plam, zacieków ani pomarańczy. Krem bardzo ładnie ujednolicił moje trupioblade kończyny. ;) Świetnie utrzymuje się cały dzień, a testuję go właśnie podczas upałów, nic nie spływa, nie brudzi ubrań. BB Cream Zielone Laboratorium zmywa się zwyczajnie, podczas wieczornego prysznica. Jest to więc opcja jednorazowa (w końcu to krem BB), ale za to efekt jaki daje jest przepiękny, trwały i wygląda naturalnie. Coś w sam raz dla jasnej/średniej karnacji. 




Serdecznie polecam Wam ten produkt! Aktualnie sięgam po niego non stop. Daje super efekt i ma przyjazny skład. Warto wypróbować! ;) U mnie nie wystąpiły żadne podrażnienia. Jestem ciekawa, jak krem sprawdzi się na twarzy. Może któraś z Was próbowała?

Znacie kosmetyki Zielone Laboratorium? Mają bardzo ciekawy asortyment! ;)

Krem pod oczy z marakują i zieloną herbatą SPF 25 | Make Me Bio

Mam hopla na punkcie pielęgnacji skóry wokół oczu. Wszystko przez to, że jest ona bardzo wymagająca - często przesuszona z podarowanymi od Matki Natury turbo cieniami. To sprawia, że zwracam na nią dużą uwagę. Wszyscy wiemy, a przynajmniej mam taką nadzieję, że obszar pod oczami, wokół oczu jest wyjątkowo delikatny. Skóra tutaj jest cieńsza niż na reszcie twarzy, a więc bardziej podatna na wszelkie uszkodzenia. Dlatego powinnyśmy traktować ją wyjątkowo - nie zapominajmy o dawce nawilżenia, traktujmy ją z wyjątkową dbałością w czasie demakijażu, nie pocierajmy niepotrzebnie, nie naciągajmy.

Często testuję nowe kremy pod oczy. Właśnie ze względu na problemy z tą okolicą, ale też blogerską ciekawość. Dziś chcę się podzielić opinią na temat kremu polskiej naturalnej marki Make Me Bio.



Krem pod oczy z marakują i zieloną herbatą posiada SPF 25. Przeznaczony jest do wszystkich rodzajów skóry, polecany również dla skóry dojrzałej. W składzie znajdziemy m.in. sok z liści aloesu, który działa ściągająco i regeneracyjnie. Wygładza i uelastycznia skórę. Olej z pestek słonecznika działa antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie. Z kolei oliwa z oliwek ma działanie natłuszczające i łagodzące. Olej kokosowy działa antybakteryjnie i nawilżająco, rozjaśnia koloryt skóry. Regeneruje cerę suchą i odwodnioną, nadając jej zdrowy blask. Masło shea działa ochronnie i regenerująco. Proteiny jedwabiu zaś nawilżają i pielęgnują delikatną skórę wokół oczu. Kwas hialuronowy ma działanie regeneracyjnie i przeciwzmarszczkowe, podobnie jak olejek arganowy. Ekstrakt z zielonej herbaty działa pobudzająco i ochronnie, a ekstrakt z marakui rozjaśniająco, regenerująco. Olej z arniki zapewnia ukojenie i posiada właściwości przeciwzapalne. Oczyszcza skórę, łagodząc zaczerwienienia i podrażnienia. Pobudza także krążenie krwi i poprawia wytrzymałość ścian włosowatych naczyń krwionośnych, nadając skórze sprężystość.

Samo opakowanie jest bardzo praktyczne i higieniczne, bo z pompką. Krem ma zbitą, masełkową konsystencję. Bardzo przyjemnie się go aplikuje, dosyć szybko się wchłania. Jeśli nałożymy grubszą warstwę potrzebuje nieco więcej czasu na wchłonięcie, to zrozumiałe. Przy stosowaniu na dzień pod makijaż, nie ma żadnego problemu - nic się nie roluje, krem dobrze współgra z korektorami pod oczy. Jak wygląda sprawa z poziomem nawilżenia tego kremu? W mojej opinii jest ono optymalne. Dla osób, które tak jak ja, oczekują bardzo dużego, porządnego nawilżenia, nawodnienia skóry pod oczami, krem może okazać się za słaby. Na dzień pod makijaż to nawilżenie mi odpowiada, ale na noc wolę bardziej treściwe kremy. Tutaj muszę nakładać grubszą warstwę. Krem nie spełnia w pełni oczekiwań mojej skóry, ale nie oznacza to, że jest zły. Przyjemnie mi się go używa. Skóra po aplikacji jest wygładzona, bardzo miękka. Przy regularnym stosowaniu (przez kilka tygodni, 2 razy dziennie) zauważyłam, że krem zmniejsza zasinienia i opuchnięcie wokół oczu. To dobra wiadomość dla osób z problemem cieni pod oczami. Działanie jest jeszcze lepsze, jeśli trzymamy krem w lodówce.


Krem polecam osobom, które nie mają większych problemów ze skórą pod oczami, a konkretnie z jej suchością czy sezonowymi przesuszeniami. Nawilżenie jest tutaj optymalne, za to krem przyjemnie koi skórę, wygładza, zmiękcza ją i radzi sobie z cieniami i opuchnięciami.

15ml / ok. 30zł


Znacie kosmetyki Make Me Bio?





















Ampułki i szampon przeciw wypadaniu włosów TRYCHOXIN | Moja 4-tyg. kuracja

Dzisiejszy wpis będzie poświęcony włosom, ich pielęgnacji. A konkretnie opowiem o swojej 4-tygodniowej kuracji przeznaczonej wzmocnieniu włosów, które od jakiegoś czasu były osłabione, problemowe i wypadały. Wybrałam TRYCHOXIN - ampułki oraz szampon, aby pielęgnacja była pełna i intensywna. Po miesięcznym programie aplikacyjnym pozostały tylko puste opakowania więc pora na moją recenzję. Zapraszam! ;)



Szampon przeciw wypadaniu włosów TRYCHOXIN

Regularnie stosowany zapobiega przerzedzaniu się włosów i powstawaniu zakoli. Działanie szamponu oparte jest na zastosowaniu: kwasu oleanolowego (zapobiega nadmiernemu wypadaniu włosów), apigeniny (zwiększa mikrokrążenie w skórze głowy, co umożliwia lepsze przenikanie substancji aktywnych), peptide biotynylo GHK (wzmacnia włosy poprzez lepsze "ukorzenienie" włosów na skórze głowy), argininy (odżywia włosy zapewniając prawidłowy wzrost włosa). 

Szampon ma bardzo przyjemny zapach, co mnie zaskoczyło. Zwykle tego typu kuracje nie pachną fiołkami, są raczej chemiczne, apteczne. Jest bardzo rzadki, lejący. Pieni się średnio dlatego lubię wycisnąć go więcej i nie zauważyłam, żeby wpłynęło to negatywnie na jego wydajność. Wystarczył na 4 tyg. TRICHOXIN dobrze oczyszcza skórę głowy oraz włosy. Po myciu konieczna jest odżywka, aby bezboleśnie rozczesać włosy. Szampon pozostawia je dosyć sztywne, co przy skórze głowy mi się podoba - lepiej się układają i nie są klapnięte po kilku godzinach, a raczej fajnie odbite od nasady. Nie puszą się, nie elektryzują, są lekkie i ujarzmione, dłużej pozostają świeże. Nie zauważyłam żadnej reakcji alergicznej, podrażnień czy pojawienia się łupieżu. [250ml / 29,90zł]



Miesięczny program aplikacyjny przeciw wypadaniu włosów TRYCHOXIN

Program zawiera 12 ampułek z atomizerem (każda po 9ml), jedna ampułka to dwie aplikacje. Dziennie należy stosować jedną aplikację, czyli pół ampułki. Używamy w konfiguracji: 6 dni aplikacji i dzień przerwy. W ten sposób cała kuracja trwa 4 tygodnie.

Faza I - Zapobieganie nadmiernemu wypadaniu włosów (odpowiada za to kwas oleanolowy, który zmniejsza produkcję DHT poprzez hamowanie 5-alfa-reduktozy).
Faza II - Wspomaganie włosów do odrostu (za to odpowiedzialne są apigenina, arginina, wit. PP, vanillyl butyl ether oraz biotyna).
Faza III - Wzmocnienie zakotwiczenia włosów (znajdziemy tutaj peptide biotynylo-GHK i ekstrakt z imbiru). Szczegółowy opis wszystkich składników aktywnych znajdziecie np. tutaj.

Wskazania do stosowania kuracji:
- miesięczna kuracja wzmacniająca przeciw wypadaniu włosów,
- dla włosów słabych i wypadających,
- ograniczenie wzmożonej utraty włosów,
- wspomożenie odrostu włosów,
- pomoc włosom w odzyskaniu zdrowego wyglądu,
- zwiększona utrata włosów.

Przyznam, że ampułki z atomizerem są ciekawym i wygodnym pomysłem, chociaż lubi się on czasem zacinać. Zdarzyło mi się to dwa razy, poza tym wszystko było OK. Na każdej ampułce znajduje się podziałka, dzięki temu wiemy gdzie dokładnie jest połowa, ile możemy zużyć przy aplikacji. Zapach preparatu też jest przyjemny. Ja myję włosy praktycznie codziennie więc zawartość ampułki wmasowywałam wieczorem w jeszcze wilgotne włosy. Można też je aplikować na suche  - próbowałam i wszystko było w porządku, preparat nie obciąża włosów, nie są ani klapnięte ani przetłuszczone po takiej aplikacji. Po wmasowaniu na skórze głowy wytwarza się ciepło, lekkie mrowienie/pieczenie. Dla mnie to nic uciążliwego. 

Czy ampułki i szampon coś zdziałały? Oczywiście! Włosy są silniejsze, grubsze, na szczotce pojawiają się pojedyncze sztuki, max kilka. Wcześniej była to jedna garść po myciu i kolejna po rozczesaniu. Jest to efekt zdecydowanie satysfakcjonujący, bo dla kogo by nie był? Poza tym zauważyłam wysyp baby hair. Generalnie moje włosy rosną szybko, ale w ostatnim czasie mam wrażenie, że jeszcze szybciej. Jestem zaskoczona i jednocześnie zadowolona.

Koszt zestawu ampułek to ok. 100-120zł, w zależności od sklepu.



Jeśli macie problem ze słabymi, wypadającymi włosami to polecam Wam wypróbować tę kurację. U mnie nie pojawiły się żadne niepożądane skutki, wszystko przebiegło bez problemów. A efekty są widoczne! :)

Jak sobie radzicie z wypadaniem włosów? Używałyście kuracji TRYCHOXIN?

Maseczka nawilżająca OLEJEK Z PESTEK MALIN + MELISA | Bielenda Botanic Spa Rituals

Botanic Spa Rituals to nowa linia kosmetyków oferowana przez polską markę Bielenda. Charakteryzuje się bardziej naturalnym, przyjaznym składem. Produktów do wyboru jest naprawdę sporo. Ja skusiłam się na maseczkę nawilżającą z serii olejek z pestek malin i melisa. Czy warto ją mieć? Zapraszam na krótką recenzję.

Botaniczna maseczka nawilżająca przeznaczona jest do każdego rodzaju cery, zwłaszcza suchej, szorstkiej, nadmiernie wrażliwej, ale również mieszanej z niedoskonałościami. To bogata, skoncentrowana dawka natury, która przywróci piękny wygląd nawet najbardziej wymagającej skórze. Zadaniem maseczki jest głębokie nawilżenie cery, odżywienie, ukojenie podrażnionego naskórka. Ponadto maska zredukuje niedoskonałości, wyrówna koloryt, zapobiegnie przedwczesnemu starzeniu się skóry, doda cerze blasku, uczyni ją miękką i gładką. Zapewni skórze wszystko czego potrzebuje, aby wyglądać zdrowo i przywrócić jej naturalne piękno.



Olejek z pestek malin ma silne działanie antyoksydacyjne. Dzięki zawartości kwasów Omega 3 i 6 oraz wit. E intensywnie nawilża, wygładza, zapobiega powstawaniu przebarwień oraz wspomaga zachowanie młodego wyglądu skóry. 

Wyciąg z melisy posiada właściwości antybakteryjne i antyoksydacyjne. Melisa redukuje powstawanie wyprysków, reguluje wydzielanie sebum, zwęża rozszerzone pory. Neutralizuje wolne rodniki odpowiedzialne za proces starzenia się skóry. Działa przeciwzapalnie, koi, łagodzi podrażnienia.

Opinia

Maseczka pachnie jak malinowa mamba, do tego jest koloru różowego. Formuła jest lekka, kremowa. Można ją stosować 2-3 razy w tygodniu. Nakładamy na 15 min. Zmywa się szybko i sprawnie letnią wodą. Daje efekt wygładzonej, zmiękczonej skóry. Jest nawilżona, delikatnie rozjaśniona, uspokojona. Maseczka dodaje skórze naturalnego blasku. Nie zapycha i nie podrażnia mojej skóry, ale miejcie na uwadze, że to kwestie indywidualne. I to właściwie wszystko, co najważniejsze. Jest bardzo przyjemna. Rzeczywiście w sam raz dla cer suchych, przesuszonych, szorstkich, potrzebujących nawilżenia i odżywienia, ale również ukojenia - dlatego cery z niedoskonałościami też mogą być z niej zadowolone. Ja jestem i sięgam po nią z przyjemnością. ;)



50ml / 23,99zł


Co sądzicie o nowej linii Bielenda Botanic Spa Rituals?

Rewelacyjna maseczka samowchłaniająca się oraz krem na dzień Ava Eco linea z certyfikatem ECOCERT!

Dziś wezmę pod lupę kosmetyki ekologiczne Eco linea od Ava Laboratorium. Konkretnie będą to dwie recenzje - rewitalizujących kremu na dzień i maseczki samowchłaniającej się. Kosmetyki te są w pełni naturalne i organiczne. Ich naturalność potwierdza certyfikat ECOCERT. Oznacza to, że każdy z kosmetyków wspomnianej linii podlega kontroli i spełnia najwyższe kryteria jakości, bezpieczeństwa i naturalności. Jest produkowany zgodnie z wymaganiami francuskiej instytucji certyfikującej ECOCERT. 



Rewitalizujący krem na dzień

Przeznaczony dla każdego rodzaju cery. Został opracowany na bazie naturalnych surowców o działaniu rewitalizująco - ochronnym. Zawiera pochodzące z monitorowanych plantacji ekologicznych ekstrakty: z prawoślazu, zielonej herbaty, imbiru i rumianku, czystą wit. E oraz emulgatory i emolienty z oliwy z oliwek i pestek winogron. Charakterystyczny zapach kremu to zasługa olejków eterycznych z trawy cytrynowej i lawendy. Krem daje optymalną ochronę oraz wspiera procesy regeneracyjne skóry. Zabezpiecza ją przed procesami starzenia, niszczy wolne rodniki, redukuje procesy zapalne, chroni przed oddziaływaniem zanieczyszczonego środowiska. Efekt: skóra jest wygładzona, bardziej elastyczna, napięta, jędrna, odzyskuje zdrowy, młody wygląd.

Krem znajduje się w szklanym słoiczku o pojemności 50ml. Konsystencja jest średnio gęsta, kremowa. Wystarczy odrobina kremu na całą twarz, większa ilość będzie się mazać. Wchłania się szybko, pozostawiając przez chwilę minimalnie lepką warstwę. Potem cieszę się przyjemnie gładką, nawilżoną skórą. Jeśli chodzi o makijaż, to nie ma tutaj żadnego problemu. Krem współgra z każdym podkładem którego używam (Catrice All Matt plus, Bourjois Healthy Mix i Lumene Matt), również z minerałami Amilie. Po ok. miesiącu codziennego stosowania mogę stwierdzić, że krem sprzyja cerze mieszanej, skłonnej do niedoskonałości. Prócz wspomnianego nawilżenia i wygładzenia skóry, czuć wyraźne ukojenie i uspokojenie cery - wszelkich podrażnień czy świeżych niedoskonałości. Z całą pewnością krem wspomaga ich gojenie. Poza tym skóra faktycznie jest bardziej elastyczna i napięta. Nie zapycha, nie podrażnia i nie uczulił mojej skóry. Jedyne, co nie do końca wpisuje się w mój gust to zapach - trawa cytrynowa i lawenda. Właśnie za zapachem trawy cytrynowej w kosmetykach nie przepadam. Całe szczęście nie utrzymuje się on długo na mojej skórze i nie jest też bardzo intensywny w samym słoiczku. [50ml / 48zł, do kupienia np. tutaj]


Rewitalizująca maseczka samowchłaniająca się

Maseczka również może być stosowana przez właścicielki każdego rodzaju cery. Stymuluje procesy ochronne i regeneracyjne w skórze, zapewniając optymalny poziom nawilżenia oraz intensywną pielęgnację. Zawiera ekstrakty roślinne z prawoślazu, zielonej herbaty, imbiru i rumianku oraz olejki eteryczne z trawy cytrynowej i lawendy. Tak dobrane składniki aktywne doskonale chronią włókna kolagenowe przed degradacją, neutralizują wolne rodniki, spowalniają procesy starzenia. Maseczka spłyca zmarszczki, wygładza skórę, poprawia jej napięcie i elastyczność, redukuje stany zapalne. Daje szybką i widoczną poprawę stanu skóry. 
Maskę nakładamy na czystą skórę i pozostawiamy do wchłonięcia. Nadmiar można usunąć wacikiem kosmetycznym. Stosować 2 razy w tygodniu.
Ja tę maskę traktuję jako krem na noc dwa razy w tygodniu. Wmasowuję pompkę lub dwie w skórę i idę spać. Konsystencja jest kremowa, ale lekka. Dosyć szybko się wchłania, jeśli nie przesadzimy z ilością. Zapach jest tutaj jeszcze mniej wyczuwalny niż w przypadku kremu. Trawa cytrynowa jest zdecydowanie mniej wyczuwalna. Mogę nawet powiedzieć, że podoba mi się. ;) Bardzo fajnym rozwiązaniem jest szklane opakowanie z pompką - łatwe w użyciu i higieniczne. Poza tym szkło jest przeźroczyste i dokładnie widać, ile maski nam jeszcze zostało. Ta maseczka to mój hit ostatnich tygodni! Po przebudzeniu skóra jest zregenerowana, odżywiona i wypoczęta. Jej koloryt jest ujednolicony, skóra uspokojona - wszelkie stany zapalne wyciszone. Oczywiście jest niezwykle miękka i świetnie nawilżona, taka pulchna, jędrniejsza, wygładzona. Mogę o niej pisać tylko w samych superlatywach. Nie podrażnia i nie zapycha. [30ml / 50zł, do kupienia np. tutaj]




Bardzo Wam polecam te kosmetyki z linii Ava Eco linea. Mamy pewność, że nie wklepujemy w skórę byle czego. Bardzo sobie cenię kosmetyki z certyfikatem ECOCERT i cieszę się, że znajdziemy takie wśród polskich marek. W składzie tej ekologicznej serii znajdują się jeszcze takie ciekawe kosmetyki jak: krem na noc, krem pod oczy, mleczko do demakijażu, bezalkoholowy tonik oraz balsam do ciała. Prócz sklepu online Ava Laboratorium, kosmetyki te widuję w drogeriach hebe, ostatnio nawet była na nie korzystna promocja, warto zwrócić uwagę. ;)

Miałyście okazję używać tej linii?

Tych kosmetyków nie kupuj!

Ostatnio na blogu były same zachwyty. Dziś pora na kosmetyczne rozczarowania, czyli post który co jakiś czas gości na blogu i cieszy się powodzeniem. Nic dziwnego, w końcu każda z nas woli unikać kosmetycznych bubli. Zapraszam na kolejną porcję moich rozczarowań. Nie będę dokładnie opisywać produktów, skupię się wyłącznie na ich działaniu (a raczej braku w tym przypadku).



Słynna maska do włosów Alterra bio-owoc granatu i bio-aloes to rozczarowanie, do którego robiłam kilka podejść. Za każdym razem NIE. Przede wszystkim wg mnie maska śmierdzi alkoholem. Z włosami nie robi nic dobrego. Po jej spłukaniu są one szorstkie, poplątane, puszą się i wyglądają na zniszczone. Szampon z tej linii również nie zdał u mnie egzaminu.

W ostatnim czasie rozczarowały mnie aż dwa peelingi do twarzy. Nie wiem o co chodzi, ale ciężko mi znaleźć coś naprawdę wow na drogeryjnych półkach. Pierwszy peeling jest enzymatyczny, naturalny, znanej polskiej marki Sylveco. Próbowałam go zużyć na wiele sposób. Niestety nie robił kompletnie nic dla skóry, a na koniec mnie jeszcze zapchał. Kompletny bubel. Za każdym razem moja skóra była po nim jakby niedomyta i szorstka. Nawet użycie żelu nie niwelowało do końca tego uczucia.

Drugi peeling należy do koreańskiej marki I Want i jest to peeling typu gommage. I znów nie robi kompletnie nic. Nie oczyszcza skóry, nie złuszcza w żaden sposób martwego naskórka. Po zmyciu pozostawia na skórze nieprzyjemnie sztuczny, śliski film. Może zapychać, całe szczęście nie zanotowałam nic takiego.



Ostatnim niestety bublem okazał się dwufazowy płyn do demakijażu oczu Nivea. Dlaczego niestety? Płyn bardzo dobrze radzi sobie z demakijażem oczu i brwi. Szybko pozbywa się nawet wodoodpornych produktów i jest delikatny. Niestety pozostawia przed oczami nieznośną mgłę, której ciężko się potem czymkolwiek pozbyć. To go u mnie definitywnie skreśla. 


Mam nadzieję, że nie miałyście styczności z tymi bublami albo że sprawdziły się u Was dużo lepiej. Ja nie mogę polecić żadnego z tych produktów.

Znacie coś?

Perełki kwietnia | Zielone Laboratorium, BE.LOVED, MydłoStacja, Resibo, Bomb Cosmetics i Bielenda

Było już kwietniowe denko, więc pora na ulubione kosmetyki minionego miesiąca. Jak to często u mnie bywa - dużo pielęgnacji i mało makijażu, bo tylko jeden produkt. Znajdują się tutaj praktycznie same nowinki blogowe. Zapraszam! ;)



Pierwszym ulubieńcem jest łagodny płyn micelarny Zielone Laboratorium. Bazą płynu jest woda miętowa, która łagodzi podrażnienia i pozostawia na skórze efekt świeżości. Ekstrakt z aloesu działa łagodząco i nawilżająco. Płyn przeznaczony jest do codziennego oczyszczania twarzy i oczu każdego rodzaju skóry. Został przebadany pod kontrolą okulisty. Płyn bardzo dobrze spisuje się na mojej mieszanej skórze. Bezproblemowo radzi sobie z makijażem twarzy. Nie podrażnia skóry, nie zapycha porów. Nie pozostawia na skórze lepkiego filmu. Po jego użyciu skóra jest odświeżona, czuć efekt delikatnego chłodu, co jest fajną opcją na gorące letnie dni. Nie wysusza. Skóra jest też ukojona, uspokojona. Mięta jest tutaj wyczuwalna, w końcu woda miętowa stanowi bazę płynu, dlatego trzeba mieć to na uwadze, jeśli za tym nie przepadacie. Płyn jest wydajny, przy codziennym użytkowaniu zniknęło go naprawdę niewiele. Nie zawiera SLES, SLS, ALS, PEGów, silikonów, olejów mineralnych, parabenów, sztucznych barwników i zapachów. Odpowiedni dla wegan oraz nietestowany na zwierzętach. Produkt polski! 

Tonizowanie i maseczka - to ostatnio moje dwa ulubione etapy pielęgnacyjne. W każdej z tych 'kategorii' znalazłam kwietniowego faworyta. Tonik mgiełka nawilżająca Resibo przeznaczony jest do każdego rodzaju skóry, przy czym bardzo dobrze sprawdza się na mojej mieszanej, skłonnej do niedoskonałości. Mgiełkę aplikuję za pomocą wacika. Jest to naturalny i bardzo delikatny kosmetyk. Absolutnie nie podrażnia skóry, koi ją i łagodzi wszelkie podrażnienia. Zmiękcza skórę i oczywiście przywraca jej prawidłowe pH. Resibo zawiera w sobie wodę różaną i pomarańczową. Uważam, że to świetny duet do cery mieszanej. Tonik wpisał się w moją codzienną pielęgnację, o której napisałam tutaj.

Ulubioną maseczką stała się peel-maseczka Owocowe Podróże MydłoStacja. FENOMENALNA! Śmiało mogę przyznać, że to jeden z najlepszych kosmetycznych zakupów, jakie dotąd poczyniłam. Maseczka zawiera białą glinkę, olej z orzechów baobabu, masło kakaowe oraz peelingujące pestki owocu granatu. To wszystko sprawia, że skóra staje się gładsza, mocno odżywiona i bardziej elastyczna. Aromat maseczki zawdzięczamy olejkowi gejpfrutowemu przełamanego nutą orientalnej róży. Ta maseczka to coś wspaniałego! Dobrze oczyszcza moją skórę, ale pozostawia ją świetnie nawilżoną, nawodnioną, rozjaśnioną, ujednoliconą, rozświetloną. Skóra jest niezwykle gładka, sprężysta. Efekty są po prostu WOW! Nie sposób to opisać, trzeba wypróbować!



Ostatni kosmetyk do pielęgnacji twarzy, który zachwycił mnie w kwietniu pochodzi od marki be.loved. Odkryłam ją przypadkowo, na IG i musiałam się na coś skusić. Zaciekawił mnie krem czyszcząco peelingujący, truskawka z ryżem. Jest to mieszanka oczyszczającej gliny kaolinowej, mączki owsianej koloidalnej, pudru ryżowego NS, tapioki oraz oleju truskawkowego pozyskiwanego przez wyciskanie na zimno oraz enzymu dynii i biofermentów z bambusa i rzodkwi. Oczyszczanie tą mieszanką pozostawia skórę idealnie czystą, zbalansowaną, miękką i gładką. Ponadto jest ona uspokojona, ładnie zmatowiona, ale nie wysuszona. Bardzo fajny kosmetyk! I ma ciekawą formułę, nieco ciągnącej się gumy.

W pielęgnacji ciała pojawił się jeden hit. Jest nim myjące masło pod prysznic czarna porzeczka od Bomb Cosmetics. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką formą kosmetyku myjącego i to pod prysznic. W małym słoiczku znajdziemy zbity produkt. O dziwo wystarczy tylko odrobina, aby umyć całe ciało. Masło dobrze się pieni i nie znika w mgnieniu oka, jest bardzo wydajne. Poza tym jego zapach jest obłędny - orzeźwiający, cudnie porzeczkowy, taki letni. Koniecznie wypróbujcie, to coś naprawdę fajnego! ;) Masło myjące znalazłam w kwietniowym PAUSE box.




Jedynym kosmetykiem z kategorii makijaż, który zwrócił moją uwagę w kwietniu jest hialuronowa mgiełka wykańczająca makijaż z pudrem roślinnym Bielenda Make-Up Academie. Za ok. 13zł dostajemy bardzo dobry kosmetyk. Z opisu producenta wynika, że mgiełka jest matująca, daje subtelne wykończenie makijażu poprzez nadanie skórze długotrwałego matu i ogranicza błyszczenie. Dwu-fazowa formuła łączy nawilżające i pielęgnujące zalety wody hialuronowej oraz matujące działanie naturalnego pudru roślinnego o silnych właściwościach absorbujących sebum. Mgiełkę należy wstrząsnąć przed użyciem. Jest to prawdziwa mgiełka, czyli bardzo fajnie rozpyla się na skórze, atomizer nie pluje produktem. Działanie, jak na produkt za niewiele ponad 10zł, jest świetne! Mgiełka scala makijaż, dodaje mu naturalności, matowi skórę w fajny sposób, całość wygląda naturalnie, daje na skórze ładny satynowy efekt. Makijaż trzyma się zdecydowanie dużo dłużej, skóra nie błyszczy się przez większość dnia. Warto wypróbować!

Znacie coś z tego grona?

Demakijaż podstawą pielęgnacji! | Płyn, mleczko i olejek do demakijażu Caudalie

Podstawą prawidłowej i efektywnej pielęgnacji jest dokładny demakijaż. Po całym dniu (szczególnie w make upie) skóra potrzebuje odpoczynku i dlatego tak ważne jest jej oczyszczenie przed pójściem spać. Mimo że nie widać tego gołym okiem, po całym dniu nasza skóra jest brudna. Zanieczyszczenia, które się na niej osadzają zatykają pory, finalnie na skórze mogą pojawić się krosty i zaskórniki. Niedokładnie oczyszczona skóra stworzy pewną barierę, przez co kolejne produkty (krem czy serum) nie zadziałają tak jak powinny. 

Preferuję i polecam co najmniej dwustopniowy demakijaż. U mnie jest to zazwyczaj płyn micelarny lub mleczko w pierwszym kroku i olejek w drugim. Następnie sięgam po żel myjący, choć nie zawsze. Jakie powinny być produkty do demakijażu? Skuteczne, ale delikatne. Nie mogą podrażniać oczu ani skóry, powodować jakichkolwiek zaczerwienień na skórze. Najlepiej jeśli są bezwonne lub mają delikatny, niedrażniący zapach. Bardzo nie lubię też kiedy płyny/mleczka pozostawiają lepką warstwę.


Moje wymagania w pełni spełniają produkty Caudalie: płyn micelarny, łagodne mleczko oraz olejek do demakijażu. Jako pierwszy krok używam wymiennie płynu lub mleczka do demakijażu. Delikatnie zmywam makijaż twarzy i oczu przy pomocy płatków kosmetycznych. Bardzo ważne jest, abyśmy nie pocierały mocno skóry, nie naciągały jej. Tym bardziej podczas demakijażu oczu, które są bardzo wrażliwe, a skóra wokół nich cienka i bardziej podatna na uszkodzenia.

Dotąd preferowałam płyny micelarne. Mleczka nie kojarzyły mi się zbyt dobrze, zwykle tylko rozmazywały makijaż po mojej twarzy. Tym razem jest inaczej i jestem bardzo zadowolona z łagodnego mleczka do demakijażu od Caudalie. Jest aksamitne, kremowe i skutecznie usuwa makijaż twarzy oraz oczu, będąc przy tym delikatne. Mleczko zostało wzbogacone o składniki, które odżywiają skórę i przynoszą jej ukojenie. Nie zatyka porów. W efekcie moja skóra jest oczyszczona, gładka i przyjemnie miękka. Nie jest zaczerwieniona, a oczy nie są podrażnione.

Woda micelarna jednocześnie oczyszcza i zmywa makijaż. Przeznaczona jest zarówno do twarzy, jak i oczu - nawet tych bardzo wrażliwych. Nie zawiera mydła. Formuła o fizjologicznym pH, która składa się w 98% z naturalnych składników, dba o naturalną równowagę skóry. Po zmyciu makijażu tym płynem micelarnym, moja skóra jest czysta, bardzo mięciutka i gładka. Płyn daje jej niezwykłe ukojenie! Absolutnie nie podrażnia, nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze (mleczko podobnie). Jest skuteczny i delikatny, tak jak być powinno. Sprawdzi się przy cerze wrażliwej, suchej, z trądzikiem, właśnie dzięki swej delikatności. Bezproblemowo zmywa maskarę L'Oreal So Couture, a nie każdy płyn sobie z tym radzi. To mój stały test dla płynu micelarnego, który Caudalie zdał śpiewająco.



Drugi krok demakijażu stanowi olejek. Caudalie to połączenie naturalnych olejków roślinnych, które radzą sobie z każdym makijażem, nawet wodoodpornym. Oczyszcza skórę i usuwa zanieczyszczenia, nie pozostawiając na skórze tłustej powłoki. Zapach, tak jak w przypadku płynu i mleczka, jest bardzo subtelny, przyjemny, niedrażniący. Olejek rozgrzewam w dłoniach i masuję niezmoczoną twarz. Kiedy czuję, że połączył się ze skórą i rozpuścił makijaż, dodaję trochę wody i jeszcze chwilę masuję skórę. Całość zmywam wodą lub przy pomocy mokrego ręcznika. Są osoby, które olejek zmywają jeszcze żelem, ja robię to rzadko. Przy zastosowaniu się do powyższych zasad żadne krostki nie mają prawa się pojawić. Ale jeśli czujecie, że musicie jeszcze dodatkowo użyć żelu, nie ma przeciwwskazań. U mnie sprawdza się opisana metoda, nie powoduje to powstawania zaskórników. Olejek sprawdza się również w demakijażu oczu, absolutnie nic nie szczypie, nie piecze. Po zastosowaniu olejku skóra jest niesamowicie mięciutka i gładka, rewelacyjne uczucie! Nie pozostawia efektu lepkości na skórze, nie obawiajcie się tego.

Kosmetyki do demakijażu Caudalie znajdziecie tutaj.


Bardzo Wam polecam te kosmetyki do demakijażu Caudalie. Powtórzę się kolejny raz, skuteczne i delikatne zarazem. Zapachy są ledwie wyczuwalne, niedrażniące. Formuły przyjemnie, kojące, w sam raz dla cer wymagających, takich jak sucha, bardzo wrażliwa, z trądzikiem. Jestem przezadowolona! ;)

Znacie kosmetyki do demakijażu Caudalie?

Trio do pielęgnacji włosów suchych, zniszczonych, puszących się (i nie tylko) | TRESemme BIOTIN+REPAIR 7

Nasze włosy codziennie narażone są na różnego rodzaju uszkodzenia. Niestety bardzo często same się do tego przyczyniamy: pośpieszna stylizacja, częste lub nieumiejętne zabiegi pielęgnacyjne/fryzjerskie. Z pomocą przychodzi marka TRESemme i jej linia BIOTIN + REPAIR 7, której używam od dwóch tygodni i chcę się z Wami podzielić moją opinią na jej temat. 

Linia ta z założenia ma pomóc zniwelować aż 7 rodzajów najbardziej powszechnych uszkodzeń, spowodowanych suszeniem, rozjaśnianiem, szczotkowaniem, prostowaniem, farbowaniem, zaplataniem i kręceniem. Co więcej, z badań wynika, że szampon i odżywka z tej serii poprawiają kondycję zewnętrznych warstw włosa już od pierwszego użycia kosmetyków.


Kosmetyki z linii TRESemme zostały wzbogaconę o biotynę, specjalnie stworzony Pro-Bond Complex oraz Repair Actives. Biotyna to jedna z witamin z grupy B, czyli witamina B7. Jest bogata w atomy siarki, które chronią włosy przed uszkodzeniami. Potrafi poprawić kondycję wierzchnich warstw włosa i wygładzić je, by odzyskały zdrowy wygląd, miękkość i gładkość. Pro-Bond Complex to specjalnie stworzona mieszanka składników, która wnika do wnętrza włosa i odbudowuje uszkodzone wiązania wewnątrz włosa. Włosy wzmocnione od wewnątrz zyskują zadbany wygląd i stają się bardziej odporne na 7 najpopularniejszych rodzajów uszkodzeń spowodowanych stylizacją.

MOJA OPINIA

Kolekcję TRESemme BIOTIN + REPAIR 7 charakteryzuje bardzo ładny zapach, który zaskakująco długo utrzymuje się na moich włosach. Dawno nie spotkałam się z kosmetykami do pielęgnacji włosów, po których moje włosy pachniałyby tak długo i przyjemnie. Przy każdym myciu sięgam po szampon i odżywkę, natomiast maskę traktuję jako pielęgnację wspomagającą i używam wtedy, kiedy mam więcej czasu. Szampon jest kremowy, pieni się bardzo dobrze. Nareszcie czuję, że mam porządnie oczyszczoną skórę głowy. Ostatnio trafiłam na dwa szampony, które nie radziły sobie z tak podstawową czynnością szamponu. Ale dziś nie o tym. Już przy spłukiwaniu szamponu włosy są bardziej gładkie. Z samym spłukiwaniem nie ma problemu, podobnie jest w przypadku maski, którą nakładam na kilka minut zaraz po szamponie. Dzięki temu duetowi włosy zyskują na gładkości, miękkości, są sypkie, ale nie puszą się, tworzą ładnie wygładzoną taflę. Szampon i odżywka absolutnie nie obciążają włosów! Przeciwnie, są fajnie uniesione u nasady, co bardzo mnie zaskoczyło. Nie spowodowały też łupieżu ani innych podrażnień skóry głowy.

Maskę nakładam jako pielęgnację wspomagającą, co najmniej dwa razy w tygodniu. Z czasem bywa naprawdę różnie, od 15 min do nawet godziny. Nakładam ją na długości włosów, czyli od ucha w dół, a resztkami przeciągam też górę włosów. Po takim 'zabiegu' włosy wyglądają naprawdę świetnie. Są idealnie wygładzone, miękkie, błyszczące jak z reklamy. Przede wszystkim nie są absolutnie obciążone! Nadal ładnie uniesione, nie występuje żadne swędzenie skóry głowy. Za to naprawdę ogromny plus. Linia BIOTIN + REPAIR 7 sprawia, że włosy są w dużo lepszej kondycji, regeneruje przesuszone pasma po ich długoletnim prostowaniu (u mnie to pozostałości grzywki). Włosy wyglądają dużo ładniej, rozczesują się bez problemu i żadnego bólu. ;) Myślę, że to ważna informacja dla dziewczyn z kręconymi włosami. Jako ich posiadaczka - rekomenduję.



Podsumowując, bardzo Wam polecam tę konkretną linię. Z innymi jeszcze nie miałam do czynienia. Natomiast ta moim zdaniem sprawdzi się w pielęgnacji włosów suchych, skłonnych do przesuszeń i puszenia się, zniszczonych rozjaśnianiem (tak jak moje), czy zbyt częstym prostowaniem. Moje włosy są rozjaśnione, suche, puszące się, a do tego jeszcze kręcone. TRESemme BIOTIN + REPAIR 7 daje sobie z nimi świetnie radę! Na pewno kupię ponownie i wypróbuję też inne linie. ;)

Marka TRESemme w ofercie posiada także trzy lakiery do utrwalania fryzur. Ja korzystam z wersji Freeze Hold. Nie jestem wielką fanką produktów utrwalających do włosów i nie korzystam z nich często, ale ten lakier to 'must have' na wszelkie większe wyjścia, imprezy. Szybko wysycha, jest odporny na wilgoć, można go z łatwością wyczesać i nie pozostawia na włosach białego nalotu. Utrzymuje fryzurę na miejscu długie godziny, jest naprawdę mocny. Na szczęście nie czuję na włosach żadnego dyskomfortu, nie są też brzydko posklejane. Na sezon letni na pewno się przyda! ;)




Wypróbowałyście już kosmetyki do włosów TRESemme?

Świetna maska do włosów, szampon dodający objętości, jedwabisty mus do ciała, kreator sylwetki i inne | Kwietniowe zużycia i ich mini recenzje

Kwiecień za nami dlatego pora na denko. Wyczekujcie też ulubieńców, których tutaj dawno nie było. Na bieżąco możecie mnie śledzić na IG, tam znacznie częściej pojawiają się posty polecające. A teraz zapraszam na zużycia minionego miesiąca i ich mini recenzje. Nie ma tego dużo, za to niemal same fajne propozycje!



Zużyłam dwa produkty do włosów Delia Cosmetics, a konkretnie keratynowe maskę i odżywkę bez soli. Kosmetyki charakteryzują się bardzo ładnym, intensywnym zapachem, który długo utrzymywał się na włosach. Oba produkty sprawiają, że włosy są wygładzone, nie plączą się, lepiej się rozczesują. Maska stała się moim faworytem, 30 min. SPA i włosy są jak nowe - bardziej błyszczące, miękkie, nie puszą się. Linia przeznaczona jest do włosów bardzo zniszczonych, szorstkich i bez połysku.

Szampon Alterra dodający objętości bio-papaja i bio-bambus to ulubiony szampon ostatnich miesięcy, w dodatku za mniej niż 10 zł. Pisałam o nim w tym poście. Włosy faktycznie są odbite u nasady, lekkie, sypkie, na dłużej pozostają świeże.


Zaskoczeniem z PAUSE BOX okazała się łagodna pianka pod prysznic o egzotycznym zapachu Dresdner Essenz. Zapach jest cudowny, jakbyśmy przeniosły się na rajską wyspę. Mus jest przyjemnie kremowy, po użyciu skóra staje się jedwabiście miękka i gładka. Warto wypróbować! Jeśli znajdę kosmetyki tej marki stacjonarnie, to chętnie kupię coś jeszcze.

Kolejny bardzo fajny, warty wypróbowania kosmetyk to peeling do rąk marki Orphica. Zapach znów cudny, sam peeling jest bardzo kremowy, a w nim zatopione zostały drobinki peelingujące. Nie jest to zdzierak, pozostawia skórę wygładzoną i zmiękczoną. Jest idealnie przygotowana do nałożenia kremu. Szczegółowo pisałam o nim tutaj. 

Ava Eco, Bio Repair Body Care, czyli kreator sylwetki. Charakteryzuje się fajnym zapachem, ma działanie ujędrniające, napinające oraz nawilżające. To świetny (polski) produkt wspomagający, zaraz obok diety i ćwiczeń. Jeśli szukacie czegoś takiego, to Ava będzie strzałem w dziesiątkę. W ofercie znajdziecie też inne wersje. A więcej o kreatorze sylwetki do poczytania tutaj - klik.



Mgiełka tonizująca Delia Cosmetics to kolejny produkt, który polecałam Wam w poście z cyklu 'tanie i dobre'. Skutecznie odświeża skórę, świetnie ją zmiękcza i przygotowuje do dalszych etapów pielęgnacyjnych. Link do wpisu tutaj.

Pozbywam się też gąbki Real Techniques. Była niezła, ale nie przekonała mnie do siebie w 100%. Jednak oryginalny beauty blender to całkiem inny komfort i jak dotąd nic innego mnie nie zachwyciło. Gąbka zjada dosyć dużo produktu i strasznie ciężko się ją domywa, a właściwie po czasie nie chce się wcale domyć. Dosyć szybko się też wykrusza w niektórych miejscach i niszczy. Nie wrócę do niej.

Podsumowując, polecam Wam wszystkie kosmetyki z tego denka. Nie kupię ponownie jedynie gąbeczki Real Techniques.

Znacie coś spośród moich zużyć?

Weekend dostawy za 5zł paczkomatami InPost!

Jeszcze tylko dziś do północy obowiązuje dostawa paczkomatami InPost za jedyne 5zł, serdecznie zapraszam. :) www.modanasklep.pl ...